Okładka książki Adieu Jana Grzegorczyka
Książki

Święta zwyczajność,
– „Adieu” Jana Grzegorczyka

Opowiadanie fabuły Adieu nie ma większego sensu. Jest sobie ksiądz, który pisze książki. A także modli się, rozmawia z ludźmi, prowadzi katechezy, łazi po górach, a czasem nawet bierze udział w marketowym karaoke. Ksiądz ma kilku przyjaciół – takich w sutannach, w zakonnych welonach na głowach i takich, co mają żony lub mężów. Ma też kilku nieprzyjaciół, tych mniej, ale za to należy do nich księżowy proboszcz, a to nieco kłopotliwa sytuacja. Ksiądz Wacław nie rozwiązuje zagadek kryminalnych, nie wojuje łacińskim egzorcyzmem i srebrną kulą z wysłannikami piekieł. Ksiądz Wacław – ku zaskoczeniu wszystkich wiernych – po prostu księżuje.

Adieu to jest taka historia o zwyczajności – czasem świętej, innym razem bardzo ludzkiej. Tak jak w życiu, jest w niej miejsce na śmiech, smutek, wzruszenie i gniew. „A Ziemia toczy, toczy swój garb uroczy”, cytując Edwarda Stachurę, pod okiem Pana Boga, który choć nie odzywa się głośno i wyraźnie, przenika świat swoim tchnieniem. Powieść jest przy tym bardzo prawdziwa – nie tylko opowiada o życiu, ale wydaje się także wprost z niego wyrastać. Jest taki moment, gdy jeden z bohaterów, taksówkarz Mackiewicz podwozi jakąś nieznajomą kobietę w ramach kursu. I ta kobieta poznaje Mackiewicza, wspomina, że już kiedyś razem jechali i on wtedy powiedział jej słowa, które uzdrowiły jej pogrążonego w żałobie kolegę. „Cały czas zastanawiał się, czy jeszcze kiedyś pana spotkam. To prawdziwy cud…”, stwierdza i na tym rozdzialik się kończy. Oj, naiwna jest ta scenka, takie przypadkowe spotkania, nieumotywowane „cuda” pasują do literatury klasy C. Tylko coś tu zgrzyta, bo Grzegorczyk nie jest autorem klasy C, ani B, tylko ładnym strzelistym A, który niejednokrotnie udowadnia, że potrafi rzeźbić w materii słowa. O co więc chodzi?

Moja myśl – a może to jest anegdota z życia? Coś jak opowiadane spod szyldu „A wiesz co mi się ostatnio przydarzyło?”. Brzmi może trochę niewiarygodnie, lecz jest autentycznie, natomiast, gdyby zostało opisane w książce zdawałoby się słabą fikcją. Mówi się, że życie pisze lepsze scenariusze niż najlepsza książka, i to jest bez wątpienia prawda. W Podziękowaniu umieszczonym na końcu Adieu autor pisze, że był jedynie „klejem”, który pozlepiał historie ofiarowane mu przez ludzi. I to właśnie czuć w tej książce, to daje jej ogromną wartość.

Grzegorczyk bywał atakowany za to, że oczernia obraz polskiego kościoła. Bo pisze o księżach alkoholikach, karierowiczach, księżach, którzy mają kochanki, małostkowych, pysznych i tchórzliwych. Nie wolno zapomnieć jednak, dlaczego to robi. Aby dokopać czarnym? Wątpliwe. Pisarz pisze o księżach pokazując ich po prostu jako zwykłych facetów, którzy ulegają pokusom chciwości, czy cielesnym żądzom. To faceci, którzy bywają pogubieni, zapominają o swoim powołaniu, czują się samotni. A jednocześnie nie brak wśród nich też i takich, którzy kochają Boga i pragną podążać za swoim Mistrzem, służyć Jemu oraz ludziom. Dobrze jest poczytać o księżach, którzy wierzą, posiadają życie duchowe, zwłaszcza że ten aspekt religijny, kwestia Boga, często umyka twórcom, zabierającym się za pokazanie obrazu współczesnego kleru.

„Adieu”, powtarza się w kolejnych rozdziałach. Następne spotkanie w Bogu, jak tłumaczy jedna z bohaterek. Autor zaczyna od pożegnania i puszcza do nas oko. Bo dobrze wiemy, że pożegnania nie będzie, to dopiero początek historii o zwykłych-niezwykłych przypadkach księdza Grosera. W każdym razie ja się na pewno z autorem nie żegnam.

Jan Grzegorczyk

Adieu. Przypadki księdza Grosera

Wydawnictwo Zysk i S-ka, Wydawnictwo W drodze, 2007

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.